Urodziny Konfucjusza miały być głównym punktem naszego wyjazdu. Problemy zaczęły się już w Szanghaju, kiedy nie byliśmy pewni czy uda nam się załapać na jakikolwiek pociąg. Koniec końców do Qufu dojechaliśmy innym pociągiem niż planowaliśmy, ale najważniejsze, że tam dotarliśmy. Pierwszego dnia pobytu okazało się, że właśnie w tym roku na urczystości mają przybyć VIPy przez co nasz udział w uroczystościach stanął pod ogromnym znakiem zapytania. W dniu urodzin Konfucjusza przybyliśmy jednak pod jego świątynię, nie ukrywam, że z dość dużym znięcheceniem. Szczęście sie do nas tym razem szeroko uśmięchnęło. Podszedł do nas Pan oferując wejściówki. Była to naprawdę oferta last minute ;), cena jak najbardziej przystępna. Same uroczystości jednak nie były według mnie warte zachodu. Wszystko odbywało się na scenie, której właściwie nie widzieliśmy. Dopiero po pierwszej części, kiedy wszyscy rozeszli się myśląc, że to koniec, mieliśmy możliwość oglądania występów z bardzo bliska, bo ze sceny :).





Z ministrem obrony narodowej ChRL
a tak naprawdę z najstarszym żyjącym członkiem rodziny Konfucjusza.