Wyjazd zupelnie spontaniczny. Wsiadajac do samolotu, nie wiedzielismy co dokladnie zrobic po jego opuszczeniu :). Niestety nie obylo sie bez przeszkod. Najpierw nie zalapalismy sie na lot z Gdanska do Frankfurtu, a pozniej stracilismy duzo wiecej czasu niz na poczatku przypuszczalismy, aby dostac sie na wyspe Tiaman, z ktorej teraz pisze. W koncu kiedy dotarlismy, myslelismy ze sie nareszcie zrelasksujemy. Poplynelismy na rafe, na ktorej oczywiscie sie dosc okrutnie strzaskalismy. Olga dosc mocno poparzyla sobie kark, ja zjaralem sobie plecy. Jest na tyle ciezko ze staramy sie ograniczac jakikolwiek kontakt z tym piekielnym tropikalnym sloncem. Teraz Olga spi a ja siedze w klimatyzowanej kafejce i pisze tego w sumie niezbyt optymistycznego posta. Jutro z powrotem do Kuala Lumpur, a stamtad powrot do domu. Dosc duzo zastanawialem sie nad sensem tego wyjazdu i z przykroscia musze stwierdzic ze chyba planowanie dosc mocno zawiodlo, ten wyjazd mozna bylo lepiej zorganizowac :). Jesli dodac do tego wszystkie utrudnienia, ktore napotkalismy to wyjazd na Kaszuby chyba by nam bardziej wyszedl na zdrowie. Co do samej Malezji, to oczywiscie egzotyka dosc konkretna. Ciekawe polaczenie poludniowo wschodnich klimatow z islamem. Z jednej strony ludzie i krajobrazy w miare podobne do tych z Tajlandii. Z drugiej mentalnosc zgola inna. Na pewno na plus nalezy zapisac brak jakichkolwiek naciagaczy. Przez te kilka dni pobytu, nikt niczego nie chcial nam wcisnac. Do tego ludzie sprawiaja wrazenie naprawde zyczliwych i co rowniez nalezy zapisac na plus, bardzo dobrze mowia po angielksu. Zdjecia oczywiscie wrzuce po powrocie.